Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mały Koszt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mały Koszt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

Muzeum Regionalne Ziemi Limanowskiej

Nie każdy jest entuzjastą muzeów. Nie każdy musi nim być. Ale każdy powinien odwiedzić to muzeum, które opowiada o jego regionie. Nawet jeżeli ten region jest "jego" dopiero od kilku miesięcy. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że należy znać historię. Przynajmniej trochę. Po drugie można w muzeum spotkać przystojniaka, który po nim oprowadzi i poopowiada o eksponatach.
Do Muzeum Ziemi Limanowskiej warto zajrzeć również z innego powodu. Jego siedzibą jest Dwór rodziny Marsów, piękny budynek z łamanym dachem położony w całkiem sporym parku. Miejsce przyjemne, blisko rynku i całej reszty centrum Limanowej (z tego względu, że centrum Limanowej takie duże nie jest...). Co do drugiego powodu- przystojniaka w muzeum spotkałam raz, zaraz po przeprowadzce. Ani w trakcie wcześniejszych, ani późniejszych wizyt go nie było. Ale może będziecie mieć szczęście i dowiecie się czegoś więcej o regionie nie tylko od niego, ale i innych pracowników muzeum.
A jest się o czym dowiadywać. Mimo, że muzeum nosi nazwę "ziemi Limanowskiej" nie myślcie, że prezentowane tam eksponaty dotyczą tylko tego miasta i jego mieszkańców. Bo to określenie odnosi się do wielu grup zamieszkujących okoliczne tereny. Jest i wyposażenie apteki, pierwszej w Limanowej, i mieszkania z lat 20, stroje górali i lachów z kilku wsi, a także zabawki, garnki, skrzynie, piec, ozdoby, maselnice, serownice i krosno. Oj, wiele, wiele eksponatów na niewielkiej przestrzeni. A mimo wszystko jest też miejsce na wystawy czasowe- były już rysunki dzieci, była wystawa sztuki kaligrafii, a także wystawa poświęcona zespołowi regionalnemu.

Szczególną ozdobą muzeum jest wystawa dewizek. Prezentowane są najróżniejsze, od prostych po niezwykle ozdobne. Od regionalnych po zagraniczne. Patriotyczne i zaborców, przyrodnicze i zawodowe- cały przegląd. Ciekawa wystawka, każdy znajdzie coś co się mu spodoba.
Wystawa przedstawiająca wnętrza z lat 20' pełni również saloniku twórczości. Za każdym razem trafiałam na inną wystawę, warto więc zaglądać do niego nieco częściej niż raz w życiu.
Po zwiedzaniu warto przejść się po parku, obejrzeć pomnik przyrody, posiedzieć na ławce, a także zobaczyć drewniany wiatrak i kaplicę. A potem można spokojnie przespacerować się na rynek, odwiedzając którąś z okolicznych kawiarni (albo wszystkie...), albo wybrać się do kina "Klaps" na film. Można też po prostu przejść się bulwarami. Bo Limanową warto poznać, nawet jeśli się już w niej mieszka.

wtorek, 12 stycznia 2016

Dlaczego warto odwiedzić Limanową w ferie?

Ferie się zbliżają, a nie każdy ma możliwość wziąć urlop i wyjechać do ciepłych krajów przeczekiwać mrozy. Można jednak ten czas spędzić w okolicach Limanowej, miasta w Beskidzie Wyspowym, lepiej je poznając, a może nawet odkrywając na nowo. Oto kilka moich propozycji, zarówno dla miejscowych, jak i dla osób które są w mieście choćby przejazdem. Wszystkie miejsca łatwo osiągalne, nie wymagające wielkich umiejętności, ani posiadania specjalistycznego sprzętu, co jest ważne zwłaszcza w warunkach zimowych. Większość można zobaczyć nawet w jeden dzień.

1. Miasto
Muzeum Regionalne Ziemi Limanowskiej
Siedzibą Muzeum jest Dwór Marsów ulokowany w uroczym parku. Wewnątrz można zobaczyć stroje ludowe, typowe sprzęty, wystawę dewizek i oryginalne wnętrze pierwszej apteki w Limanowej. Muzeum nie jest duże, a większość eksponatów nie podpisana, jednak pracują tam mili ludzie, którzy opowiedzą o interesujących nas przedmiotach. Zawsze jest też jakaś ekspozycja czasowa- warto sprawdzić czy jest coś co nas interesuje.
Dwór Marsów- siedziba Muzeum Ziemi Limanowskiej

W Muzeum można też kupić pocztówki przedstawiające dawna Limanową, oraz interesujące gry planszowe nawiązujące do wydarzeń historycznych.
Ekspozycja przedstawiająca pierwszą aptekę w Limanowej
Galeria wizerunków Marii z całego świata
Na tyłach Bazyliki Matki Boskiej Bolesnej. Wejście znajduje się od ulicy księdza Łazarskiego, ale można przejść również przez teren Bazyliki. Najlepiej ciepło się ubrać, ponieważ galeria znajduje się na zewnątrz i możemy nieźle zmarznąć.
W galerii przedstawiono szeroki wachlarz wizerunków, każdy podpisany miejscem pochodzenia. Wyraźnie można zaobserwować regionalność z jaką przedstawiana jest Maria w różnych miejscach świata, oraz nawiązania do innych kultów w tych pochodzących z najbardziej egzotycznych miejsc.
Spacer rynkiem i okolicami
Jak daleko sięgała dawna Limanowa? Warto sobie to wyobrazić. Dwór Marsów należał już do Starej Wsi, budynki przed nim również. Limanowa była więc malutka. A gdzie mieścił się browar? Które budynki są najstarsze? Gdzie znajdują się pozostałości cmentarza żydowskiego? Postaram się to opisać, ale odpowiedzi na te tematy udzielą również pracownicy muzeum i Punktu Informacji Turystycznej. W tej ostatniej można też dostać darmową mapkę zarówno Limanowej jak i przebiegającego przez nią Szlaku Frontu Wschodniego.
Rynek w Limanowej w swojej jesiennej szacie.
2. Okolice
Szlak Architektury Drewnianej
Można go oglądać nawet nie wysiadając z samochodu, jednak warto zatrzymać się i obejrzeć. Większość obiektów to kościoły, jednak przy drodze stoją również piękne drewniane domy, zimą dobrze widoczne, ponieważ nie zasłaniają ich liście.
Polecam trasę z Limanowej do Nowego Sącza przez Pisarzową i Męcinę. Przemierzam ją codziennie w drodze na uczelnie i wciąż mnie zachwyca. Wskazówka: kościoły są po lewej stronie, inne drewniane budynki po prawej. Niektóre ukryte w krzakach, inne na wzniesieniu, najczęściej niestety zaniedbane, ale wciąż potrafią zachwycić. Druga droga, przez Wysokie nie ma takich atrakcji, za to jest jedna z najbardziej widokowych. Tak więc radzę jechać do Nowego Sącza i wrócić ;).
Cmentarz Wojenny- Jabłoniec
Znajduje się przy samej drodze, jednak warto zaopatrzyć się w łańcuchy bo podjazd dość stromy i może być zaśnieżony. Można też wybrać się na spacer niebieskim szlakiem z Parku Miejskiego w którym mieści się Muzeum Regionalne Ziemi Limanowskiej.
Grób Othmara Muhra który zginął dokładnie w tym miejscu
Jesienią i zima widać panoramę która roztacza się z cmentarza
Cmentarz na Jabłońcu jest najbardziej reprezentatywny. Składa się z dwóch części. Niegdyś miał się z niego roztaczać piękny widok, niestety drzewa obecnie skutecznie przeszkadzają. Zima jednak umożliwia przynajmniej częściowe dostrzeżenie zamierzonego przez projekt widoku.
Niedaleko znajduje się jeszcze cmentarz wojenny w Golcowie, oraz inne, mniejsze cmentarze.
Stacje Kolejowe
Obecnie nie pełniące już swojej funkcji, jednak dalej piękne. Niektóre budowane w czasach Galicyjskich, gdy kolej w tym rejonie sprawnie funkcjonowała. Głównie dla zapaleńców i fanów kolei, ale warto obserwować czy nie pojawią się jakieś możliwości przejazdu zabytkowym składem. Niestety ostatnio często odwoływane.
3. Góry
Miejska Góra
Niewymagająca góra, jednak trzeba wejść, ponieważ próba wjazdu samochodem, nawet terenowym, dla osoby która nie korzysta z tej funkcji zbyt często (to znaczy codziennie jadąc na zakupy...) może zakończyć się uszkodzeniem pojazdu. Warto wjechać ulicą Leśną do końca a potem wybrać jedną z dwóch tras i przejść się. Przy jednym ze szlaków umieszczone są stacje drogi krzyżowej, na samym początku widać też drewniany budynek schroniska.
Na samym szczycie znajdują się budynki dawnych drewnianych gospodarstw (domy prywatne i sezonowo zamieszkałe) oraz Krzyż Milenijny z którego tarasu widać Beskid Wyspowy, Beskid Sądecki, Gorce, a jeśli dopisze szczęście również Tatry.
Widok z Miejskiej Góry
Wieża widokowa pod Jaworzem
Przy dobrej pogodzie pięknie widać z niej Tatry, jest to też doskonałe miejsce na oglądanie wschodów i zachodów słońca. Można dojechać w pobliże samochodem, jednak droga jest nieutwardzana i trzeba zachować ostrożność. Pod wieżą znajduje się spora wiata turystyczna i miejsce na ognisko.
Widok spod wieży widokowej pod Jaworzem na Tatry
4. Aktywnie
Trasy narciarskie
Istnieje kilka tras narciarstwa biegowego, a w najbliższej okolicy Wyciąg Narciarski na Łysej Górze "LimanowaSki". Dobre miejsce dla początkujących narciarzy (jak ja), którzy mogą wypożyczyć sprzęt i rozpocząć naukę na niezbyt stromym stoku. Ale nie tylko. Dysponuje trzema trasami o różnych poziomach trudności. Dla tych którym ten sport nie podpasuje jest możliwość poczekania na resztę rodziny w igloo popijając gorącą czekoladę(to też ja), lub na górnej stacji zajadając pysznego pstrąga.
Kierunkowskaz na szczycie Łysej Góry
Z Łysej Góry można też przejść na Miejską Górę- obydwie dzieli niezbyt głęboka dolina. Warto mieć ze sobą  przynajmniej buty chroniące kostkę- zejście zimą może być oblodzone i śliskie.
Z innych stacji narciarskich w okolicy: w Laskowej i w Kasinie Wielkiej. Osobiście z nich nie korzystałam, ale słyszałam o nich dobre opinie.
Geocaching
Ciekawa zabawa polegająca w skrócie na wyszukiwaniu skrytek (z listą znalazców i ołówkiem którym można się dopisać) pod podanymi na portalu geocaching.com współrzędnymi. Trzeba przy tym pamiętać o tym, żeby nie rzucać się za bardzo w oczy i schować skrytkę tak jak ją znaleźliśmy, żeby osoba nieświadoma istnienia tej zabawy nie zniszczyła skrytki ani nie wyrzuciła.
Nie wszystkie skrytki są też łatwo dostępne, a niektóre niestety przepadły, jednak szukanie ich może być świetną zabawą dla całej rodziny.
Jazda Konna
Tereny wokół Limanowej są doskonałe do jazdy w terenie, każda stadnina prowadzi również lekcje dla początkujących i dla dzieci. Warto wcześniej zadzwonić i umówić się na jazdę, oraz zapytać jaki strój byłby najlepszy na jazdę zimową porą. Jako wiecznie początkujący jeździec dodam, że zima jest dobrym czasem na naukę- konie nie są gryzione przez owady i dzięki temu spokojniejsze. Ale spodnie i tak muszą iść do prania. Nawet najczystszego konia czuć koniem.

Nie są to oczywiście wszystkie atrakcje ziemi Limanowskiej. Z wielu sama jeszcze przez pół roku mieszkania tu (i 7 pomieszkiwania) nie zdołałam skorzystać i planuje dalej odkrywać co ma nam ten region do zaoferowania. Istnieją jeszcze liczne szlaki turystyczne Beskidu Wyspowego, darmowe lodowisko, izby regionalne, domy folkloru, kino, biblioteki ze swoją działalnością kulturalną i izbami tradycji, a nawet cmentarze miejskie z grobami z czasów wojny. Miasto organizuje również zajęcia dla dzieci. Zachęcam do dzielenia się swoimi pomysłami, ciekawymi miejscami, a także zawsze interesującymi opowieściami.

Zobacz też profil Idę Gdziekolwiek w mediach społecznościowych i bądź na bieżąco:
Facebook: Idę Gdziekolwiek
Instagram: IdeGdziekolwiek

sobota, 9 stycznia 2016

Grudzień 2015, czyli w poszukiwaniu śniegu na Mogielicy

Cóż, w grudniu zima nie zaszalała. Jakoś tak ciepło było, bazie się gdzieniegdzie pojawiały, szaliki były jedynie ozdobne, a zimowym oponom było głupio. Za to aura mimo, że niestosowna na obecną porę roku wyjątkowo sprzyjała wycieczkowaniu. I tak pewnego szczególnie dobrego dnia wybrałam się z rodzinką i znajomymi na Mogielicę, najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego mierzący aż 1171 m n.p.m. To była moja trzecia wizyta na tej górze i zdecydowanie najlepsza. Widoki były piękne, czułam się świetnie i nawet nie puchłam, co niestety często mi się w górach zdarza.

Wybraliśmy najłatwiejszą trasę, szlakiem zielonym z Przełęczy Rydza-Śmigłego. Uwielbiam tę trasę zwłaszcza z powodu płaskich odcinków na których mogę odpocząć i wyrównać oddech nie tracąc rozpędu. Poza tym przy parkingu koło wejścia na szlak znajdują się pomniki, w tym ten poświęcony przyszłemu marszałkowi i jego oddziałowi, który zdobył wioskę zajętą przez wojska rosyjskie bez strat w ludziach.
 Trasa wiedzie w większości przez las, więc widoki podziwiać można tylko przez prześwity i na polankach. Przy pogodzie jaką mieliśmy było to nawet dobre rozwiązanie, ponieważ silny wiatr i tak nie pozwalał zbyt długo cieszyć się widokami, a drzewa jednak trochę od niego osłaniały.
Ostatnia polana przed wejściem na szczyt miała klimat bieszczadzkich połonin i mniej więcej podobnie wiało. Za to już tam były niewielkie placki śniegu, a zacieniona ścieżka w lesie była zamarznięta i miejscami śliska.
 Jednak największą atrakcją Mogielicy są widoki z Wieży Widokowej. Widać Tatry, Babią Górę i ponoć nawet Kraków. Oczywiście gdy warunki temu sprzyjają. W naszym wypadku wystarczyła świadomość, że "tam za chmurami" to Babia Góra. Zawsze coś.
 Pięknie prezentuje się z tej perspektywy Beskid Wyspowy. Dzięki lasom mieszanym jest piękny o każdej porze roku. Wczesną jesienią pełen jest czerwieni i żółci, zaś późną jesienią i bezśnieżną zimą wcale nie jest szary, a zielony i żółto-brązowy.
 Na wieży ciężko było ustać, a nawet utrzymać telefon w ręku, tak wiał wiatr. Mimo to zrobiłam jeszcze parę zdjęć w tym Polany Stumorgowej. 
 W końcu trzeba było zejść bo zimno zmusiło mnie do założenia rękawiczek. Na dole czekało na nas ognisko, którego pilnowała mniej odważna część wycieczki i ciepła herbata.
 Po ugaszeniu ogniska śniegiem (tak, znaleźliśmy na tyle śniegu!), przeszliśmy kawałek na polanę z krzyżem z której rozpościerał się piękny widok.
 Było to dobre miejsce na zdjęcie grupowe, oraz zdjęcie Szczura Wędrownego, niezwykle fotogenicznego pluszaka.
W drodze powrotnej rozdzieliliśmy się, ponieważ każdy szedł własnym tempem. Dzięki temu ja z siostrą zobaczyłyśmy biegnące przez las łanie, które przeskoczyły przez drogę zaraz przed nami, a tata próbował łapać owcę, która zgubiła się w lesie. Nic dziwnego- w końcu w lasach wokół Mogielicy żyją wilki, które atakowały już stada owiec.
Ta krótka wycieczka nie mogła by się odbyć bez specjalnego udziału jesieni, która postanowiła przedłużyć sobie pobyt w Beskidzie Wyspowym. Już trzy dni później mróź był na tyle mocny, że szanse na tak udaną wycieczkę niemal zupełnie zmalały.

sobota, 31 października 2015

Cyrla

Kocham swoją uczelnie. Serio. Bo gdzie indziej można odrabiać zajęcia ze znienawidzonego wychowania fizycznego w formie ukochanych wycieczek w góry?
Zbiórkę zarządzono o 9:10 na dworcu kolejowym w Nowym Sączu. To piękny budynek z początków XX wieku. Jego secesyjna forma jest typowa dla dworców w dawnej Galicji, ponieważ budowano je według jednolitych wzorców. Obecnie nowosądecki dworzec jest odnowiony. W środku znajdują się obrazy Edmunda Cieczkiewicza, twórcy pochowanego w Rytrze.
O 9:30 podjechał pociąg i całą grupą, a w zasadzie dwiema, ruszyliśmy. Uważam, że kolej jest najlepszym środkiem transportu. Nie dość, że z legitymacją studencką jest tanio (a dokładnie 51%taniej) to jeszcze dość wygodnie, to znaczy nie szarpie na zakrętach, jest gdzie usiąść i można skorzystać z toalety. Czego więcej chcieć od życia?
 W końcu dotarliśmy do Rytra i część studenckiej wycieczki wysiadła. Druga część to studenci z instytutu ekonomicznego, którzy mają więcej wycieczek. Szczęściarze.
Szlak, a w zasadzie po prostu droga, zaczęła się dość szybko. I stromo. Moje biedne serduszko, płuca i wszystko inne co musiałam ze sobą zabrać... Cóż, jest tego troszeczkę za dużo (tak parę kilo) więc byłam na końcu grupy. szarym końcu grupy... W zasadzie to miałam jakieś pół godziny opóźnienia w stosunku do reszty.
 Minusem wyjścia w grupie (poza tym, że i tak nie idę w grupie, a na jej końcu) jest to, że nie można zboczyć sobie z trasy i obejrzeć zamku. Tak, w Rytrze jest zamek z XIII wieku i kiedyś go obejrzę. W końcu z Nowego Sącza to tylko 2 zł w jedną stronę!
 Niewątpliwym plusem pozostawania z tyłu jest to, że nikt nie zasłania ci widoków. I nie śmieje się z robienia zdjęć krowom. A przyznajcie zazdrość ogarnia na widok ich pastwiska!
 Droga do Schroniska Cyrla, a właściwie Chaty Górskiej Cyrla nie jest trudna. Chyba, że ktoś kocha góry miłością nieodwzajemnioną i dla niego robią się trudniejsze. Za to nie szczędzą takim osobą pięknych widoków, nawet jeśli usiłują ukryć je we mgle. Nic z tego kochane góry i tak mi się podobało!
 Samo schronisko wydaje się urocze. Nie weszłam do środka, ponieważ nie było na to czasu (sprawdzanie obecności- przecież to oficjalna uczelniana wycieczka!), ale z zewnątrz widać, że jest zadbane. Zresztą ma niezłą lokalizację- przy Głównym Szlaku Beskidzkim.
 Jesienna szata przyschroniskowego ogródka zauroczyła mnie zupełnie.
 I drobiazgi, które niezwykle mi się spodobały. Nie tylko koło, ale i lampa, lekko zdezelowana i urocza.
A na pożegnanie z Rytrem złapał nas deszcz. Nic nie szkodzi, dzięki temu była też tęcza. Problemem był za to powrót do Sącza. Pociągiem moglibyśmy jechać dwie godziny później, pozostał więc bus, który nie tylko droższy (ale niewiele, nawet student to przeżyje) ale też zatłoczony. Powrót był na sardynkę.
[UWAGA! Suchar] Ilu studentów zmieści bus? Ilu trzeba!

środa, 1 lipca 2015

Warszawa po raz drugi!

PolskiBus, gubienie się, metro, smutna surykatka, nieistniejące muzeum i paniczne poszukiwanie Pizzy na Starym Mieście zakończone jedzeniem Kebaba przed stacją metra czyli Warszawa w stylu IdęGdziekolwiek.
Na ten wyjazd czekałyśmy kilka tygodni, od czasu gdy pojawiła się informacja o promocji w PolskimBusie. Kupiłyśmy bilety płacąc oszałamiającą kwotę 6 złoty za przejazd w dwie strony dla dwóch osób z opłatą rezerwacyjną. Taka oferta wymaga jakiejś reakcji- u nas był to śmiech i otwarcie butelki "Tymbarku". Napis pod kapslem wzywał do zwiedzania świata. Ok, skoro Tymbark tak mówi... Kto będzie się kłócił z napisem pod kapslem?
W poniedziałkowe popołudnie (przedwieczorze?) wybrałyśmy się więc do Katowic skąd startowałyśmy. Autokar odjeżdżał dopiero koło północy więc czas oczekiwania spędziłyśmy w herbaciarni popijając gorącą czekoladę z bitą śmietaną.
Wcale nie chcemy was kusić, ale nie ma nic lepszego niż gorąca czekolada. No może poza dwiema gorącymi czekoladami
Do Warszawy dotarłyśmy jeszcze przed otwarciem metra. Czas oczekiwania skróciła nam nauka obsługi biletomatu. Musiałyśmy ogarnąć na ile stref jest nam potrzebny bilet. Całe szczęście wybrałyśmy całodniowy bilet, ponieważ najeździłyśmy się sporo.
Jak to się obsługuje?!
 Założyłyśmy sobie, że ze stacji Ratusz wesoło potruchtamy w stronę Starego Miasta. Jasne. Zgubiłyśmy się dokumentnie i musiałyśmy wracać autobusem. Potem już kilka razy przesiadka w metrze (przy dwóch liniach to osiągnięcie, ile razy udałoby nam się tego dokonać w takim Nowym Jorku?) i udało się dotrzeć w miejsce które mniej więcej kojarzyłyśmy! Plusem gubienia się jest znajdowanie ciekawych miejsc. Nam udało się trafić do Muzeum Więzienia Pawiak. Było co prawda zamknięte (ach, te wtorki!), ale dziedziniec też był bardzo ciekawy.
Ocalałe fragmenty bramy
Stare Miasto i Plac Zamkowy około 6 rano są zupełnie puste co dodaje im uroku. Jest to bardzo trudne dla osoby, która na pytanie Warszawa czy Kraków zawsze odpowiadała Kraków. Coś jednak jest w tych kolorowych, choć nie krzykliwych kamieniczkach i pustych wąskich uliczkach, co sprawia, że reklamy i tłumy w Krakowie stają się bardziej uciążliwe.
Plac Zamkowy

Warszawska Syrenka a w tle kamienice. Też warszawskie.

Taki pusty rynek- nikogo tylko gołębie.
 Stare Miasto w Warszawie wydaje mi się nieco mniej napuszone niż w innych miastach. Kamienice owszem, kolorowe i zdobione, ale skromniej i jakby biedniej. Zresztą rynek w Warszawie nie jest centrum miasta już od bardzo dawna dzięki czemu zdaje się być nieśpiesznym zakątkiem. A jeszcze nie widziałyśmy najlepszej jego części!
Niezwykle klimatyczne uliczki
Postanowiłyśmy zobaczyć Pragę. Tosia gaz pieprzowy miała w torebce jeszcze od czasów mieszkania w Sośnicy (nigdy nie użyty!) więc w miarę spokojnie zapuściłyśmy się w owiane złą sławą tereny. Bo jest co zobaczyć- dwa przedwojenne cmentarze (których nie znalazłyśmy), Muzeum Warszawskiej Pragi (które było akurat zamknięte) i zabudowa, której nie zniszczono w czasie II Wojny Światowej. Znalazłyśmy za to cerkiew- co nie było większym problemem, widać ją niemalże zaraz po wyjściu z metra. 
Drzwi do cerkwi
 Cerkiew pochodzi w II połowy XIX wieku. Niestety zdjęć ze środka nie mam- nie chciałyśmy przeszkadzać, ponieważ wyraźnie coś się w środku działo.
Muzeum w którym byłyśmy zbyt wcześnie
 Muzeum Warszawskiej Pragi okazało się być zamknięte. A my tak starannie gubiłyśmy się, żeby do niego trafić :(. Podobnie było z cmentarzami, z tym, że do nich w ogóle nie dotarłyśmy. Za to w ciągu dwóch godzin zaliczyłyśmy metro, tramwaj i autobus. Poza tym odwiedziłyśmy dwa "szmatlandy" i stwierdziłyśmy, że są gorsze niż wszystkie inne w jakich byłyśmy. Jedyne co wzbudzało zainteresowanie to Smutna Surykatka. Ogromny pluszak, który miał tak żałosną minę, że każdy chciałby go przytulić i pocieszyć.
W końcu zrezygnowane wróciłyśmy na trochę bardziej znaną nam część Warszawy. Znalazłyśmy tam ulicę Kubusia Puchatka. Słodziutkie prawda?
A tam generałowie i inni literaci! Kubuś Puchatek najlepszym patronem ulicy!
Tym razem gubiłyśmy się bardziej celowo. Planowałyśmy zwiedzić Zamek Królewski, ale ceny i tłumy wycieczek pełnych dzieci nas zniechęciły. Któregoś dnia przyjedziemy w Niedzielę kiedy jest taniej! Za to chwilę poopalałyśmy się na słońcu, które wreszcie postanowiło do nas wyjrzeć zza chmur.
Dziedziniec Zamku Królewskiego. Udało się nie uchwycić wycieczki!

Opalanie się z takim widokiem jest lepsze niż na plaży!
 Kiedy oglądałyśmy uliczki Starego Miasta nad ranem rzucił się na nas dość niepozorny napis "muzeum fukierowskie". Co to za muzeum? Postanowiłyśmy, że wejdziemy tam koło południa, kiedy możliwe, że będzie otwarte. I... dalej nie wiemy co to za muzeum. Nie znalazłyśmy nawet wejścia, ani tabliczki "Hahaha! Dałyście się nabrać!". Szkoda, bo kolejne warszawskie muzeum nam odpadło. Wtedy zrodziła się myśl- wjedziemy na taras widokowy na Pałacu Kultury! Nowy cel dodał nam sił, ale doszłyśmy do wniosku, że nie che nam się przechodzić ponownie tymi samymi uliczkami w stronę metra i pójdziemy inną drogą. Tak, już pewnie przeczuwacie, że się zgubiłyśmy? Ale i tym razem było warto. Gdyby nie to nie znalazłybyśmy takich widoków jak te w malutkiej uliczce...
Klimat taki jakiś bardziej południowy się zrobił

Kolory zniewalające!
 Nie powiemy gdzie dokładnie jest ta uliczka. Nie, żebyśmy nie pamiętały, skądże... Dużo lepsze i elegantsze wytłumaczenie brzmi tak: każdy musi się sam zgubić, żeby znaleźć taki widoczek.
Akurat kiedy starałam się zrobić nierozmazane zdjęcie, uliczkę zajęła para młoda i ich fotograf. Tak, miejsce na sesje ślubną zdecydowanie odpowiednie.
Kiedy skończyłyśmy zachwycać się kolorami, widokami, parą młodą, muszką (czerwoną) pana młodego i punktualnością autobusów, dotarłyśmy w końcu pod Pałac Kultury i Nauki. Dotarłyśmy do wejścia w którym można kupić bilety na taras widokowy... i zderzyłyśmy się z wrzeszczącą dzieciatą wycieczką. Szybki odwrót na z góry upatrzone pozycje, odpoczynek na pomysłowych ławeczkach i zmiana planów. Muzeum Techniki czyli trochę sentymentalnej podróży.
Ok, nie wiedziałyśmy zbyt wiele o motocyklach. Bardzo rzadkie eksponaty? Wierzę, ale się nie znam. Motor to motor, nawet jeśli bardzo mi się podoba. Ale wystawa o Fiacie 125p była już niezwykle interesująca. Przecież to autka tak dobrze znane, które ostatnio zniknęły z ulic.
Ciekawe czy kiedyś mija Kaczucha też będzie eksponatem w muzeum?
 Poza transportem muzeum ma też inne działy. Hutnictwo, górnictwo, maszyny drukarskie, telekomunikacja, energia odnawialna i kilka innych. Szczególnie wesoło dla osób ze Śląska zwiedza się część poświęconą górnictwu. Nas szczególnie rozbawił przewodnik który tłumaczył grupce dzieci jak to "w dawnych czasach ludzie palili węglem w piecach". Wow! My to robiłyśmy jeszcze trzy miesiące wcześniej, czy to były tak dawne czasy?
Wnętrze huty. Niezwykle szczegółowa i realistyczna makieta
 Niezwykle sympatycznie ogląda się w muzeach przedmioty które ma się w domu. Poza piecem były to radia, żelazko na dusze czy maszyna do pisania. Ale prawdziwie wzrusza zobaczenie swojego pierwszego telefonu komórkowego, albo przypomnienie sobie jak w starych telefonach była tarcza którą się obracało.
"O! Mam podobne w domu!"

"A pamiętasz jak robiły 'brzdęk'?"
Po wyjściu z muzeum naszła nas ochota na jedzenie. Nie ma z tym żartów, jedzenie jest bardzo ważną sprawą. Zachciało nam się (a przynajmniej mi) pizzy. Więc hop, do metra i już po chwili spacerujemy Krakowskim Przedmieściem w stronę Starego Miasta i Ciepłej Pizzy. Tyle, że nie było nic co by tą pizze przypominało. Restauracje nie miały cenników, a jak miały to straszyły nas ceną. Po około półgodzinnym spacerze poddałyśmy się i pojechałyśmy w mniej turystyczną okolicę zjeść kebaba. Nie było zresztą zbyt wiele czasu na jakiś dogłębne poszukiwania, ponieważ o 20 miałyśmy powrotnego busa. Z radością słuchałyśmy jak ludzie licytują się ile kto wydał na bilety kupując je na ostatnią chwilę, a gdy tylko podjechał autokar zajęłyśmy wygodne miejsca i zaczęłyśmy odsypiać. W końcu włóczyłyśmy się po Warszawie całe piętnaście godzin.